Szefowie państw i rządów krajów członkowskich UE zgadzają się, że traktaty, na podstawie których funkcjonuje Unia Europejska, trzeba radykalnie poprawić. Mówią, że trzeba będzie radykalnie zmienić te traktaty, a może nawet napisać od nowa. Zgadzają się w tej kwestii Merkel, Tusk, Sarkozy i wszyscy inni „przywódcy” europejscy. Sarkozy mówi nawet: „Europa od nowa.”
Jest to dowód totalnej klęski i kompromitacji UE, jak również traktatów, na podstawie których ona funkcjonuje, w tym podpisanego w 2007 r., wynegocjowanego kosztem ogromnych ustępstw Polski i Wielkiej Brytanii i podpisanego w 2009 r. przez Lecha Kaczyńskiego i Vaclava Klausa Traktatu Lizbońskiego, zwanego też Traktatem Reformującym.
Pamiętam, z jaką pompą ten traktat był podpisywany w 2007 r. i jakie obietnice i zapowiedzi media (a szczególnie „Gazeta Wyborcza”) wtedy wypisywały. Obiecywały, że Europa będzie mogła wreszcie odegrać znaczącą rolę w świecie i sprostać konkurencji ze strony USA i Chin, „zamiast zajmować się sama sobą. Jest traktat ją reformujący!” – triumfalnie ogłaszała wtedy na pierwszej stronie „GW”. Później, po referendum irlandzkim, zaczął się nacisk na prezydenta Kaczyńskiego, by podpisał traktat. Wmiawiano europejskim opiniom publicznym, że jest to traktat konieczny, by zreformować Unię; że ogromnie usprawni jej działanie i pozwoli jej stawić czoła zaoceanicznej konkurencji; że Unia będzie wtedy supermocarstwem i nie będzie się musiała zajmować sama sobą. Politycy europejscy nawet zapowiadali wtedy, że przez najbliższe kilkadziesiąt lat nikt nie będzie zmieniał traktatów.
A teraz? Traktat Lizboński, który wszedł w życie zaledwie 2 lata temu, nie wytrzymał nawet 2-letniej próby czasu; nie zreformował on Unii Europejskiej na tyle dobrze, by mogła stawić czoło kryzysowi gospodarczemu. Dopiero 2 lata i kilka miesięcy minęły od jego wejścia w życie, a już musi zostać radykalnie zmieniony lub być może nawet zastąpiony przez nowy (Sarkozy mówi o pisaniu Europy od nowa).
Tak więc UE czekają radykalne zmiany rozwiązań ustrojowych.
W tej materii Unia mogłaby się wiele nauczyć od Stanów Zjednoczonych, które od 1789 r. rządzone są na podstawie pierwszej w historii świata Konstytucji, która obowiązuje do dziś i była w ciągu ostatnich 222 lat jedynie poprawiana w konkretnych sprawach od czasu do czasu, a nie radykalnie zmieniana bądź pisana od nowa. Konkretnie:
1) W 1791 r. dodano do Konstytucji Kartę Praw, którą wielu chciało do niej dodać już w momencie uchwalenia samej ustawy zasadniczej, ale jej ojciec, James Madison, początkowo nie widział takiej potrzeby;
2) W latach 1800-1804 dodano dwie poprawki, z których jedna chroni stany przed pozwami obywateli innych stanów i obcych państw, a druga zmodyfikowała sposób wyboru prezydenta przez kolegium elektorskie;
3) Następną poprawkę uchwalono dopiero 61 lat później, w 1865 r., dotyczącą zniesienia niewolnictwa; 3 lata później zagwarantowano prawa obywatelskie Murzynom, stosując Kartę Praw do stanów, a kolejne 2 lata później zagwarantowano Murzynom prawa wyborcze (które były łamane przez stany południowe);
4) Kolejne poprawki nastąpiły dopiero w 1913 r.: zalegalizowano federalny podatek dochodowy i wprowadzono wybór senatorów przez lud, zamiast – jak wcześniej – przez władze stanowe;
5) W 1918 r. XVIII poprawka wprowadziła prohibicję;
6) W 1920 r. XIX poprawka zagwarantowała prawa wyborcze kobietom;
7) W 1933 r. XX poprawka ustanowiła dzień inauguracji kadencji Kongresu na 3 stycznia, a prezydenta na 20 stycznia, zaś XXI poprawka uchyliła XVIII poprawkę;
8) W 1951 r. XXII poprawka wprowadziła limit 2 kadencji prezydenckich;
9) W 1961 r. XXIII poprawka dała reprezentacją w Kolegium Elektorskim dystryktowi Kolumbia;
10) W 1964 r. zakazano odmawiania komukolwiek prawa do głosowania na podstawie niepłacenia podatków;
11) W 1967 r. ustalono porządek sukcesji prezydenckiej;
12) W 1971 r. obniżono wiek wyborczy z lat 21 do 18;
W 1992 r., 19 lat temu, uchwalono ostatnią jak dotąd poprawkę, ograniczającą możliwość zmieniania (czytaj: podnoszenia) zarobków kongresmenów i senatorów.
I to wszystkie poprawki do Konstytucji USA, jakie kiedykolwiek uchwalono. Od 1992 r. nie zmieniono Konstytucji ani razu.
W tym samym czasie eurokraci uchwalili Traktat z Maastricht, który jednak po 6 latach okazał się być niewystarczający i uchwalono wtedy Traktat Amsterdamski… który po 4 latach też okazał się być niewystarczający i podpisano wtedy Traktat Nicejski… ale i on po paru latach przestał zadowalać eurokratów, więc podpisano Konstytucję Unii Europejskiej… a gdy Francuzi i Holendrzy ogromną większością głosów odrzucili ją, eurokraci przemianowali ją na „Traktat Reformujący” i przepchali przez parlamenty krajowe, tak, żeby nie musieli pytać wyborców o zdanie w tak ważnej sprawie. Jedynym wyjątkiem była Irlandia, gdzie zgodnie z orzeczeniem irlandzkiego SN z 1987 r. każdy nowy traktat unijny musi zostać poddany pod referendum. W demokratycznym głosowaniu z 2008 r. Irlandczycy powiedzieli „nie”. Eurokraci dostali szału i nakazali Irlandczykom głosować ponownie, aż do momentu, gdy wybiorą „właściwie” (właściwie według eurokratów, oczywiście). Pod wpływem kryzysu i presji ze wszystkich stron, Irlandczycy zmiękli i w 2009 r. zgodzili się na Traktat Lizboński. Podpisy Lecha Kaczyńskiego i Vaclava Klausa dokończyły dzieła ratyfikacji.
A teraz, już po dwóch latach, traktat ten okazał się być niewystarczający – innymi słowy, okazał się być gniotem prawnym.
Myślicie, że teraz, budując Unię Europejską od nowa, europejscy decydenci nauczą się czegoś od Stanów Zjednoczonych i spróbują budować „Stany Zjednoczone Europy” na wzór Stanów Zjednoczonych Ameryki, albo chociaż zapożyczą niektóre rozwiązania ustrojowe?
A gdzie tam! Europejskie „elity” polityczne, medialne i akademickie uważają prawie jednogłośnie, że – jak to zauważył brytyjski historyk Paul Johnson – „dorosła” Europa nie ma czego się uczyć od „dziecinnej” Ameryki, którą przedstawiają jako kraj barbarzyński i stawiają w jednym mianowniku z Białorusią i Iranem. Zamiast budować Stany Zjednoczone Europy na podstawie wolności, autonomii krajów związkowych, wolnego rynku i prywatnej przedsiębiorczości, będą budować nową Unię Europejską w ten sam sposób, co dotychczasową – na podstawie etatyzmu, ścisłej kontroli i regulacji wszystkiego przez władze unijne i państwowe, reglamentacji wolności gospodarczych i osobistych i coraz większych uprawnień dla Unii kosztem państw członkowskich. A jeden błąd popełniony w Brukseli będzie powielany w całej Unii Europejskiej, od Lizbony do Przemyśla.
Innymi słowy, będą dalej popełniać te same błędy, które doprowadziły do dotychczasowego problemu, zamiast je naprawić. Będą przykręcać śrubę swoim własnym poddanym. Nieprzypadkowo czołowymi zwolennikami takiego rozwiązania są politycy polscy (którzy kochają władzę i przykręcanie śruby swoim poddanym), francuscy (Francja to państwo już od stuleci etatystyczne) i niemieccy (podobnie latach 1933-1934 r. uprawnienia krajów związkowych przeszły na Rzeszę, zniesiono parlamenty krajowe i Radę Rzeszy).
Co oznacza, że problemy Europy wcale nie zostaną rozwiązane.
Ale europejskie „elity” prędzej przywrócą w Europie karę śmierci, niż przyznają, że mogłyby się wiele nauczyć od USA i ich Ojców Założycieli.


